O potrzebie Socjologii cz. 25

Przypuśćmy bowiem, że przy pomocy pewnych rządowych środków udało się pewne zło nie usunąć na inne miejsce, lecz z gruntu je wykorzenić; przypuśćmy, że, w podobny sposób postępując, wiele wad zupełnie usunięto; to jednakże myliłby się ten. Kto by sądził, że wady te bezwarunkowo zniknęły. Dosyć bowiem spytać się, skąd się bierze ciało urzędnicze, żeby się przekonać, że tak nie jest. Któż ponosi koszta, które ciało to w ruch wprowadzają? Któż zaopatruje wszystkich jego członków, tak nisko jak i wysoko stojących, w środki zaspokojenia codziennych potrzeb życia? Cóż stanowi źródło wszystkich tych środków jeśli nie praca rolników i rzemieślników? Jeżeli, jak to ma miejsce we Francy i, aparat administracyjny zatrudnia 600,000. którzy wraz z rodzinami swymi żyją wygodnie a nawet w dostatkach, to oczywista, że dla powetowania tej straty sił, które aparat administracyjny odciąga od zajęć przemysłowych, na klasy produkujące musi przypadać odpowiedni nadmiar pracy. Robotnik, już i tak przeciążony pracą, musi jeszcze godzinę dłużej pracować, żona jego musi nie tylko karmić dzieci, ale nadto pomagać mu w polu. a dzieci jego gorzej będą się odżywiać niż kiedy indziej. W zamian zaś za uszczuplenie mu dochodów, osiągniętych przez powiększenie pracy, pozostaje mu mniej siły i czasu na takie skromne rozrywki, które nawet i ludziom w nędzy żyjącym, mogłyby być dostępne. Jakże więc można przy takim stanie rzeczy przypuszczać, że zło usunięto lub że go się uniknęło? Zatamowanie zła wywołało tylko odpowiednią reakcję i zamiast wielkiego nieszczęścia, które by się tu i owdzie lub czasami pojawiało, mamy mniejsze, ale za to stałe i powszechne.

Jeżeli zatem zło nie da się usunąć, jeżeli, jak to z powyższego wynika, w najlepszym razie tylko rozkład jego da się zmienić, i jeżeli nadto w każdym wypadku powstaje jeszcze pytanie, czy mamy sobie życzyć zmiany rozkładu, to oczywista, że system opierający się na zasadzie, iż „trzeba coś zrobić”, jest niewystarczający. Mamy więc prawo przypuszczać, że w miarę tego, jak naukowo wykształceni ludzie i do tej grupy zawiłych zjawisk zastosują te same metody, których z takim skutkiem używali w innych grupach, przekonają się. że w dziedzinie tych zjawisk jeszcze mniej jak gdziekolwiek indziej można wyciągać wnioski i przedsiębrać czynności bez poprzednich starannie i krytycznie podjętych badań.

Pretekst o którym wciąż mowa, może się wszakże jeszcze w innej formie zjawić: „Polityczne działanie musi być rzeczą kompromisu.” „To, co podejmujemy, musi się stosować do potrzeb chwili, i dalekie przewidywania nie powinny nas powstrzymywać.” „Faktów, na podstawie których moglibyśmy sobie wyrobić naukowy sąd, niepodobna zebrać; większa ich część nie jest zapisana, a te, które zapisano, trudne do odszukania, a nadto wątpliwe.” „Życie jest za krótkie, a wymagania, którym wydołać musimy, za wielkie, abyśmy mogli zająć się tak głębokim badaniem; powinniśmy zatem o ile możności kierować się zdrowym rozsądkiem.” Po stronie naukowo wykształconych, głoszących takie poglądy, stoją nadto ci, którzy jawnie lub skrycie hołdują poglądowi, że wszelkie choćby i najobszerniejsze badania nie mogą dać żadnych wskazówek w kwestiach społecznych. Ci ostatni nie wierzą w pewne stałe prawa zjawisk społecznych. Podług nich nie ma i nie może być umiejętności społecznej.